Przejdź do treści
Gavran
⌕
RECENZJE

Recenzja: „Szafirowy płomień” – Ilona Andrews

WereWolf
· 5 min czytania
Recenzja: „Szafirowy płomień” - Ilona Andrews

Recenzja: „Szafirowy płomień” - Ilona Andrews„Szafirowy płomień”, autorstwa Ilony Andrews, to czwarty tom cyklu „Ukryte dziedzictwo”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Dotychczas głównym narratorem w rodzinie Baylorów była Nevada. To z jej perspektywy w zdecydowanej większości poznawaliśmy historię obdarzonych magią Magnusów z Houston. „Szafirowy płomień” zmienia ten stan rzeczy. Od tego momentu główną bohaterką staje się Catalina, środkowa z sióstr Baylor.

„Szafirowy płomień” w wersji wydawnictwa Fabryka Słów to tak naprawdę dwa teksty. Pierwszy z nich stanowią „Diamentowe iskry”, czyli opowiadania o przygotowaniach do ślubu Nevady oraz Connora „Szalonego” Rogana. Najstarsza z sióstr poznaje wreszcie swoją przyszłą teściową i choć narzeczeni chcieliby wziąć szybki i cichy ślub, Arrosa Rogan ani myśli pozwolić im na taką fanaberię. Ma być głośno i hucznie, tak, aby cały świat widział, że jej syn się żeni. A to dopiero początek kłopotów. Bo dalej trzeba rozwiązać sprawę tajemniczego zaginięcia rodzinnego klejnotu, który mógł wpaść w ręce wyłącznie silnego telekinety. Jednak śledztwo trzeba przeprowadzić tak, by nie dowiedziała się o nim zarówno przyszła panna młoda, jak również reszta rodziny pana młodego. W tym właśnie momencie do akcji wkracza Catalina, która od tej chwili zostaje główną postacią cyklu.

Cieszę się, że Fabryka Słów dodała ten tekst do wydania czwartej części „Ukrytego dziedzictwa”. Jest przyjemnym przejściem pomiędzy historiami Nevady i Cataliny. Dzięki niemu możemy też zaobserwować, jaka zmiana zachodzi w tej drugiej bohaterce do momentu, w którym zaczyna się właściwa powieść. Jednocześnie, biorąc pod uwagę tematykę opowiadania, jest ono zdecydowanie lżejsze w przekazie aniżeli historia, którą poznajemy później. Ale bez obaw, to wciąż świat śmiercionośnych Magnusów, więc nie ma lekkiej gry. Aczkolwiek muszę przyznać, że nie okazało się dla mnie zaskoczeniem to, kto przywłaszczył sobie przekazywany z pokolenia na pokolenie klejnot. Zaś rodowe sekrety, które przy okazji wyszły na jaw? Rodzina, ach rodzina!

Mijają trzy lata od chwili ślubu Nevady i Connora. Obecnie głową rodu Baylorów jest już Catalina. Niekoniecznie chciała się tu znaleźć, ale odpowiedzialność za rodzinę sprawiła, że podjęła się tej umiarkowanie wdzięcznej funkcji. To również ona ma decydujący głoś w prowadzonej przez rodzinę agencji detektywistycznej. Tak więc, gdy poznana podczas przygotowań do wesela Runa Etterson, wobec której Catalina ma dług wdzięczności, wpada w kłopoty, środkowa z sióstr postanawia jej pomóc. Mimo tego, że wszyscy oraz wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, aby tego nie robiła. Śmierć w domu Ettersonów, jak nietrudno się domyślić, okazuje się jedynie czubkiem góry lodowej, o jaki uderzy ród Baylorów. Jakby tego było mało, ich okres ochronny właśnie dobiega końca, więc muszą liczyć się ze znalezieniem na celowniku innych rodów. W dosłownym znaczeniu tych słów.

„Szafirowy płomień” tak, jak poprzednie tomy, jest powieścią pełną dynamicznej akcji doprawioną romansem. W tej odsłonie ten drugi element, choć przewija się przez całą książkę, nie jest aż tak intensywny, jak miało to miejsce w przypadku relacji Nevady i Rogana. Dla mnie osobiście takie ułożenie fabuły jest plusem, gdyż zdecydowanie bardziej niż wątki romantyczne wolę akcję. Zwłaszcza że Ilona Andrews ma pewną słabość do kreowania męskich bohaterów jako samców alfa, którzy wiedzą lepiej, czego potrzebuje kobieta, i zakładają, iż wszystko ujdzie im na sucho. Trochę, a nawet więcej niż trochę, toksyczny wizerunek, a już na pewno mocno irytujący, przynajmniej mnie. Taki jest również Alessandro Sagredo, do którego wzdycha Catalina, a który okazuje się być jedną z istotniejszych postaci tego tomu.

Sama Catalina już nie jest tą zahukaną nastolatką, jaką mogliśmy poznać we wcześniejszych tomach. Pod czujnym okiem Arrosy Rogan nauczyła się poruszania w świecie Magnusów. Choć wciąż ma obawy przed wykorzystywaniem swojej magii i zmusza się, by uważać w tym temacie na każdym kroku, jednocześnie coraz śmielej wykorzystuje ją w prowadzonych przez siebie śledztwach. Bo Catalina jest syreną. Co prawda nie ma rybiego ogona, ale magiczne skrzydła, które widzi tylko ona sama, lecz wabiący głos jest głównym z atutów jej mocy. Atutem i przekleństwem. Wystarczy jedno zdanie, a zrobisz dla niej wszystko – oddasz ostatni łyk wody albo wbijesz sobie w oko szpikulec do lodu, jeśli tylko powie, że to uczyni ją szczęśliwą. I wszystko z rozmarzonym uśmiechem na twarzy i wdzięcznością, iż możesz sprawić jej tę przyjemność. Jednak pozorne uwielbienie szybko może przekształcić się w fanatyzm i wtedy Catalina staje się ofiarą swojej magii. Bo ci, którzy pokochają ją w ten sposób, zrobią wszystko, by mieć kawałek obiektu swego uwielbienia, nawet jeśli mieliby przy tym rozerwać ją na strzępy. Mało kusząca perspektywa, nieprawdaż? Do tego dochodzi fakt, iż młodsza z sióstr Baylor nigdy nie może mieć 100% pewności, że uczucia, którymi ją obdarzono, są szczere, nie zaś wymuszone jej magią. Młodej Magnusce nie brakuje też odwagi, by podejmować trudne decyzje i stanąć po stronie tych, od których dla własnego bezpieczeństwa wszyscy inni się odwrócili. Przez to, iż stale musi kontrolować swoją moc opanowała jej używanie perfekcyjnie, a jedynym, czym mogłaby uzupełnić swoje umiejętności jest więcej wiary w siebie. Przyznaję, że polubiłam tę bohaterkę bardziej niźli jej starszą siostrę, choć i Nevada jest całkiem sympatyczną postacią.

Jak już wspomniałam, „Szafirowy płomień” nie pozwala na nudę. Akcja dzieje się szybko już od pierwszych stron, nie brakuje pojedynków na śmierć i życie, bo gdy rody i Magnusowie ruszają na wojnę, chowaj się kto może. A gdy do zestawu dorzucimy rządowe spiski i tajemnicze instytucje, o których wiedzą jedynie nieliczni w kraju, atmosfera robi się jeszcze gorętsza. To wszystko znajdziecie na kartach najnowszej z wydanych w Polsce powieści Ilony Andrews.

„Szafirowy płomień” dla równowagi ma w sobie sporą dawkę humoru. Mimo ciężkich tematów, jakie porusza książka, autorka znalazła miejsce, by doprawić fabułę odprężającymi elementami. Przekomarzanki między rodzeństwem, Cataliną i Alessandrem czy niezawodna babcia Frida są przyjemnym kontrapunktem dla tej zdecydowanie mrocznej części historii.

„Szafirowy płomień” to bardzo udana kontynuacja cyklu „Ukryte dziedzictwo”. Akcja trzyma w napięciu, bohaterowie są naturalni i wiarygodni, zaś elementy fabuły doskonale wyważone. Ilona Andrews zabiera czytelnika w dynamiczną podróż, której zakończenie sprawia, że chce się natychmiast sięgnąć po kolejny tom. Mam nadzieję, że Fabryka Słów nie każe nam czekać zbyt długo na powrót do świata Magnusów z Houston.

Tytuł oryginału: Sapphire flames
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Cykl: Ukryte dziedzictwo
Tom: 4
ISBN: 978-83-67949-86-6
Oprawa: broszurowa

PODOBAŁ SIĘ TEKST?

Zostaw serce albo podaj dalej - to pomaga bardziej, niż myślisz.

Warto przeczytać

WSZYSTKIE KSIĄŻKI →