Po wydany nakładem Wydawnictwa Mięta „Koniec mapy” S.J. Lorenca sięgałem pełen ekscytacji. Wszystko za sprawą lakonicznego blurba nakierowującego moją uwagę na dwie potencjalnie ciekawe kwestie: opowieść z gatunku uwielbianego przez mnie serialu „Z Archiwum X” oraz tematykę sowieckiej Rosji. Obie te rzeczy działają na mnie niczym magnes i rozbudziły mój apetyt do bliższego poznania książki.
„Koniec mapy” serwuje historię o wycieczce statkiem, ale nie jednym z tych kolosalnych i luksusowych liniowców znanych przede wszystkich z filmów i seriali. Zamiast tego towarzyszymy grupie ośmiorga nieznajomych udających się w turystyczny rejs o wiele mniejszą jednostką o dźwięcznej nazwie „Moskwa”. Na jej pokładzie mają przemierzać okolice Svalbardu, norweskiej prowincji położonej na Oceanie Arktycznym. Przynajmniej na tym ma polegać wyprawa w założeniu.
Niestety nic tu nie idzie zgodnie z planem, co utrudnia wszystkim, nawet organizatorowi całą ekspedycję. Zanim nasi bohaterowie będą mogli wyruszyć na przygodę życia i przejść do głównych atrakcji, np. eksploracji lodowców czy podziwiania zórz polarnych muszą zająć się bardziej prozaicznymi kwestiami jak zagubiony bagaż oraz braki kadrowe w personelu „Moskwy”. Na domiar złego na statku cały czas szwankuje hydraulika.
To nie koniec czekających na bohaterów „atrakcji”. Do problemów na statku dochodzą te związane ze zderzeniem z lokalną fauną, która w ogóle nie chce współpracować z turystami i, zamiast grzecznie pozować do zdjęć, reaguje na nich niczym na kolację lub wyjątkowo natrętnych świadków Jehowy. Ponadto Rosyjskie miasteczko, w którym mają odpocząć, okazuje się miejscem skrywającym śmiertelnie niebezpieczną tajemnicę.
W trakcie czytania śledzimy więc poczynania wyjątkowo licznej grupy bohaterów, przy czym każdy z nich jest dosłownie z innej bajki. Mamy tutaj Andżelę, młodą, stereotypową blondynkę próbującą robić karierę infuencerki. Wydającego na prawo i lewo pieniądze bogatych rodziców Janka. Małżeństwo podróżników: Asię i Macieja. Marzącego o powrocie do dawnej sławy podstarzałego rockmana Alana Korda. Byłego boksera Przemysława „Lewara” Żygowskiego. Próbującego wyrwać się ze szponów nadopiekuńczej matki klasycznego nerda Michała. I jeszcze Tomasza Brodę, kierownika tego pływającego cyrku, znaczy kapitana.
Kwestia fabuły wypada dość przewrotnie, ponieważ początkowo wcale nie zachwyca – jak na swój gatunek powieść jest tu zdecydowanie zbyt obyczajowa. Podczas lektury pierwszych rozdziałów towarzyszyło mi wrażenie oglądania programu typy reality show, w którym grupę ludzi zamknięto na ograniczonej przestrzeni statku przemierzającego norweskie wody. Wszystko kręci się wokół nich, poznawania siebie nawzajem i budowania relacji. Czytelnik śledzi ich ciągłe zgrzyty oraz narastające konflikty wynikające z nudy i życia według wacht na statku (w końcu ktoś musiał zapełnić braki kadrowe załogi). Tak to wygląda do momentu dopłynięcia „Moskwy” do Pyramiden, radzieckiego miasteczka-widma. Niczego nie spodziewający się turyści odkrywają w nim rosyjską stację badawcza, gdzie prowadzone są niebezpieczne dla całego świata badania nad znalezionymi w wiecznej zmarzlinie mikroorganizmami sprzed tysięcy lat. Dopiero w tym momencie zaczyna się prawdziwa zabawa.
Co ciekawe, przy tak licznej plejadzie bohaterów moją największą sympatię wzbudziła osoba, po której zupełnie się tego nie spodziewałem. Andżela początkowo sprawia wrażenie totalnie stereotypowej, tlenionej blondynki robiącej wszystko, by pewnego dnia zostać celebrytką. W jej przypadku pozory zdecydowanie mylą – dziewczyna zaskoczyła mnie siłą charakteru przejmując inicjatywę, odwagą oraz zimną krwią przy podejmowaniu decyzji w krytycznych momentach. Pozytywnie wypada również kreacja kapitana Brody, dla którego wyruszenie w ten rejs stanowi kwestię życia i śmierci, bo od tej jednej wyprawy zależy cała zawodowa oraz prywatna przyszłość. Dlatego kombinuje, jak tylko może, aby wyprawa się udała. Natomiast co do reszty bohaterów, powiem krótko: jest ich zbyt wielu i nie są na tyle interesujący, żeby więcej o nich pisać.
S.J. Lorenc w „Końcu mapy” przekuł prozaiczny pomysł o wycieczce morskiej w intrygującą opowieść rodem z serialu „Z Archiwum X”. Ponadto snuje ją niczym Stephen King – rozwija fabułę powoli, w pierwszej kolejności skupiając całą uwagę na postaciach, opisując ich motywacje oraz rozbudowując relacje między nimi. Dopiero potem, krok po kroku popycha ich na właściwe tory prowadzące do sedna historii. Tylko początek okazał się więc problematyczny. Choć z każdym rozdziałem dostajemy informację, z czyjej perspektywy obserwujemy teraz wydarzenia, to nadmiar bohaterów sprawia, że początkowa faza mocno się dłuży. Okazjonalnie zapominałem, kto jest kim. Jednak później ten problem całkiem zniknął.
Tak więc po pierwszej części książki moja początkowa ekscytacja po przeczytaniu blurba trochę siadła na mieliźnie. Niczym uczestnicy feralnego rejsu „Moskwą” trafiłem na sporadyczne perturbacje, a nawet szczyptę nudy wynikającej z problematycznie prowadzonej narracji. Na szczęście później nastąpiło również wiele niespodzianek oraz zwrotów akcji, których obecność w ostatecznym rozrachunku spowodowała, że polubiłem „Koniec mapy”. Nawet teraz po skończonej lekturze, powieść ta wydaje mi się pewnego rodzaju niewiadomą. Swego rodzaju zagadką skłaniającą do ciągłego rewidowania mojego podejścia do snutej przez autora opowieści. Może i nie jest to tytuł idealny, ale cóż, o taki dziś trudno. Tutaj końcówka dała radę, a to się liczy. Sprawdźcie sami, może i Was ta książka zaskoczy.

- Autor: S.J. Lorenc
- Tytuł: Koniec mapy
- Lektor audiobooka: Michał Borejko
- Projekt okładki/ilustrator: Mariusz Banachowicz
- Wydawnictwo: Mięta
- ISBN: 978-83-68371-03-1
- Format: 135 x 202 mm
- Oprawa: miękka ze skrzydełkami
- Ilość stron: 336
- Data wydania: 26 lutego 2025
- Cena okładkowa: 52,99 zł
- Dostępne wersje: papierowa / ebook /audiobook
Zostaw serce albo podaj dalej - to pomaga bardziej, niż myślisz.




