„Drogi przez morze” to piętnasty tom z serii „Światy Pilipiuka”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.
Najnowsza powieść Andrzeja Pilipiuka jest składającą się z trzech tekstów antologią, w której skład wchodzą historie pod tytułami: „Król gór”, „Czarny jatagan” oraz tytułowe „Drogi przez morze”, będące jednocześnie najdłuższą z tych opowieści. Dla fanów Roberta Storma mam dobrą wiadomość: bohater powraca i po raz kolejny plącze się w tajemnicze, archeologiczne śledztwa na styku świata rzeczywistego i tego, co nie zostało jeszcze zbadane.
Bezjakubowe zbiory opowiadań to od dawna jeden z moich ulubionych elementów w twórczości Wielkiego Grafomana. Przez lata ewoluowały w pewien sposób. W pierwszych tomach zawarte w nich teksty były ze sobą mniej powiązane, dzięki czemu czytelnik nie musiał aż tak uważnie trzymać się kolejności lektury. Ta odsłona jest pod tym względem inna, szczególnie jeśli chodzi o tytułowe „Drogi przez morze”.
Ale zacznijmy od początku, czyli „Króla gór”. Andrzej Pilipiuk przenosi nas na Ziemie Odzyskane krótko po zakończeniu II wojny światowej. Pochodzący z Podlasia kilkunastoletni Witek dołącza do już znajdującego się w tych okolicach wujostwa – wszystko po to, by móc nadrobić braki w edukacji, a następnie zdawać do technikum górniczego. Codzienność upływa mu na pomocy w obejściu, szkole, nauce i spotkaniach z kolegami. W okolicy wciąż krążą plotki o ukrytych w górach niemieckich skarbach, a nastolatkom marzy się ich odnalezienie. Nie wiedzą jeszcze, że czasem lepiej nie opowiadać głośno o swoich pragnieniach, bo mogą się spełnić. Cena, jaką przyjdzie za to zapłacić, okaże się jednak wysoka.
Pilipiuk splata zręcznie w tej historii lokalne legendy oraz powojenne niepokoje i trudy ówczesnej ludności. O ukrytych przez Niemców bogactwach słyszał niemal każdy z nas, chociażby za sprawą Złotego Pociągu czy wciąż nieodnalezionego złota Breslau. Ale co, jeśli pobliskie lasy i góry skrywają jeszcze inną tajemnicę? Mityczną istotę? Niebezpieczną, żarłoczną, jednak potrafiącą się odwdzięczyć? Pokusa jest silna – wystarczy tylko złożyć ofiarę. Może dwie, a może trzy.
Autor skutecznie buduje napięcie, oddając rozwikłanie zagadki w ręce nastoletnich bohaterów. Nad wyraz dojrzałych i zaradnych, ale wciąż dzieci. Przyznaję, że to opowiadanie zachęciło mnie, by zgłębić legendy regionu, w którym osadzono akcję, gdyż do tej pory moja wiedza w tym zakresie była raczej niewielka.
„Czarny jatagan” to tekst, w którym do akcji powraca Robert Storm, archeolog od spraw niemożliwych. Jak nietrudno się domyślić, również tym razem zadanie, którego się podejmuje, nie należy do zwyczajnych. Zleceniodawca pragnie, by Storm odzyskał dla niego rodzinną pamiątkę, która przed czterdziestu laty została skradziona w niewyjaśnionych okolicznościach. Jednak jatagan ginął już wcześniej, a skruszeni złodzieje prędzej czy później oddawali swój łup. Teraz potrzeba im pomóc, a Robert szybko łapie trop.
Lubię perypetie archeologa – to taka współczesna wersja Pana Samochodzika, ale z paranormalnymi dodatkami. Zawsze podobało mi się to, jak Pilipiuk łączy ze sobą rzeczywiste fakty oraz tajemnice nie do końca z tego świata. Pobudza wyobraźnię, jednocześnie zachęcając do głębszego zapoznania się z tematyką, która posłużyła mu za kanwę opowiadania. Historyczni bohaterowie mieszają się z tymi stworzonymi jedynie przez wyobraźnię autora, co idealnie trafia w moje czytelnicze gusta.
A teraz przechodzimy do clou programu, czyli tytułowego tekstu „Drogi przez morze”. Pamiętacie, na początku recenzji napisałam, że ten tekst jest bardziej powiązany z innymi wydanymi już wcześniej? By móc czerpać pełnię z tego opowiadania, powinniście zacząć od „Duchów Poveglii” ze zbioru „Przyjaciel człowieka” oraz „Dechy” i „Jesiennego sztormu” z antologii „Czarna góra”. To w nich zaczyna się historia, która kończy się – choć tego pewien może być tylko autor – w tym zbiorze. Aczkolwiek uważni fani twórczości Wielkiego Grafomana z pewnością zauważą, że Wenecja i Przewoźnik Dusz pojawiają się jeszcze w kilku innych opowiadaniach.
Tym razem Pilipiuk postanowił wpleść w swój tekst wydarzenia znacznie nam bliższe, choć takie, o których chętnie byśmy zapomnieli. Mianowicie wykorzystał pandemię Covid-19 i zgrozę, jaka towarzyszyła jej początkom we Włoszech. Robert Storm wyrusza do Wenecji, by wyciągnąć z miasta zamkniętego na skutek rozwijającej się epidemii swojego przyjaciela Arka. Chłopak miał zająć się remontem domu ciotki, jednak w jego trakcie po pierwsze wpadł na trop zaginionego rękopisu Vivaldiego, po drugie zachorował.
Nie będę ukrywać – „Drogi przez morze” to coś, co lubię najbardziej. Historia, która mogłaby wydarzyć się naprawdę. Przecież co jakiś czas docierają do nas informacje o odnalezieniu nieznanych dotąd dzieł malarzy, kompozytorów itp., jak chociażby odkryty w ubiegłym roku walc Chopina. Jednocześnie jest to opowieść, którą Pilipiuk budował już od kilku tomów antologii, dokładając do jej fabuły kolejne elementy, które ostatecznie stworzyły spójną całość.
Wielu fanów Roberta Storma i doktora Pawła Skórzewskiego już od dawna czekało, aż drogi tych dwóch skrzyżują się w ten czy inny sposób. Nie chcę nic spojlerować, ale…
„Drogi przez morze” to udany zbiór opowiadań napisany charakterystycznym dla autora stylem oraz wpisujący się klimatem w poprzednie odsłony „Światów Pilipiuka”. Po, w moim odczuciu, mniej udanych zbiorach „Zło ze wschodu” i „Czasy, które nadejdą” lektura najnowszego tomu była przyjemnością. Czekam na więcej.
Seria: Światy Pilipiuka
Tom: 15
ISBN: 978-83-8375-092-7
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 387
Zostaw serce albo podaj dalej - to pomaga bardziej, niż myślisz.



