„Wojna córek” autorstwa Christophera Buehlmana to prequel „Czarnego języka”. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MAG.
Galva dom Braga ma dwadzieścia lat, należy do eksperymentalnego oddziału Kruczych Rycerek i właśnie płynie stawić czoło goblinom. Lata szkolenia wyćwiczyły ją w walce, jednak uczelniane pojedynki nie mają nic wspólnego z prawdziwym starciem na śmierć i życie. Jako córka księcia ma dodatkowe obowiązki, ale też możliwości. Na pole bitwy wyruszają również jej trzej bracia. Już wkrótce chaos, w jakim się znajdą odbierze im nie tylko nadzieję na wygraną, lecz również to, co najbliższe sercu.
Jeżeli czytaliście „Czarny Język”, to znacie już nieco Galvę i jej historię. Jednak w pierwszym tomie cyklu autor zaserwował nam tylko pewne strzępki informacji, a Galvita zdecydowanie jest bohaterką, która zasługuje na coś więcej. Jest odważna, uczciwa i waleczna i nawet wojna nie wyleczyła jej z chęci poświęcenia się za to, co uważa za słuszne. Właśnie z jej perspektywy poznajemy większość opowieści.
Już „Czarny Język” uznałam za powieść brutalną, pełną krwi, śmierci i grozy. Jednak „Wojna córek” przebija ten poziom. Wykreowana przez Christophera Buelhmana historia jest nacechowana mrokiem, okrucieństwem (momentami wręcz obrzydliwym i wymagającym mocnego żołądka) oraz głębokimi emocjami Porusza tematy wojny, straty, miłości czy też żalu – autor nie unika trudnych i bolesnych aspektów życia, nie próbuje ich zmiękczać i umniejszać, dzięki czemu książka zyskuje na autentyczności i sile przekazu. Choć wymyślony przez niego świat pełen jest magii i istot, które nie istnieją, to jednocześnie ma się świadomość, że ludzie w czasie wojny nie zachowują się lepiej i prawiej.
Lubię koncept bojowych kruków, jaki stworzył Buelhman. W „Czarnym Języku” nie mógł być on aż tak rozwinięty, natomiast prequel daje ku temu pełne możliwości. Bellu i Dalgatha, pieszczotliwie zwana przez swa opiekunkę Chuderlaczką, podopieczni Galvy, to należące do odziału magicznie wyhodowane ptaki, które mają pomóc w walce z goblinami. Kilkanaście razy większe od swych naturalnych pobratymców, tak jak one są niezwykle inteligentne. Wytresowane do walki, dozbrojone i opancerzone mogą być przełomem w wojnie z hordą. Jednak sposób, w jaki ukazał je autor, nie jest tylko pokazaniem brutalnych zwierząt żądnych mordu. Kruki na swój sposób kochają swoje rycerki, chronią je nie tylko w czasie walki i przeżywają pełną gamę emocji.
Jeśli zaś o emocjach mowa, „Wojna córek” ma ich w sobie pełną obfitość. To jedna z tych książek, która naprawdę potrafi przeczołgać czytelnika – od wesołości (choć tej nie ma zbyt wiele) przez wściekłość, żal i rozgoryczenie. Przywiązywanie się do bohaterów, ludzkich czy zwierzęcych, jest w przypadku tej powieści ryzykownym przedsięwzięciem. Christopher Buelhman nie oszczędza nikogo, a sposoby, jakie sobie wymyślił na pozbycie się bohaterów raczej nie należą do łagodnych. Autor również dobrze przyłożył się do scen walk, są szczegółowe i jedynie pozornie chaotyczne. Akcja dzieje się szybko, a chwile wytchnienia są nieliczne.
Muszę jednak przyczepić się do jednej rzeczy, która trochę psuje moją ocenę. Jest to finał, a raczej jego tempo. W pewnym momencie przeskakujemy z zaciętych walk do czasów już po wojnie i w telegraficznym skrócie Galva opowiada nam, co wydarzyło się pomiędzy. Miałam odczucie, jakby autorowi zabrakło już pomysłu na dalszą historię i postanowił ją skończyć niczym odciętą mieczem. Liczyłam na coś bardziej rozbudowanego.
Mimo wszystko „Wojna córek” to interesująca pozycja ze świata „Czarnego Języka”. Jeżeli macie ochotę na mroczne fantasy i nie odrzuca Was brutalność, lektura tej historii powinna być ciekawa. By sięgnąć po książkę nie musicie znać historii zawartej w „Czarnym Języku”, a wręcz powiedziałabym, że lepiej zacząć właśnie od prequela.
Cykl: Czarny język
Tom: 0.5
Tytuł oryginału: The Daughter’s War
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-68240-72-6
Ilość stron: 416
Tłumaczenie: Robert Waliś
Zostaw serce albo podaj dalej - to pomaga bardziej, niż myślisz.



